Blog

Słucham, jak spadają jabłka

W miejscu, w którym jestem i, które pokochało moje serce, nieustannie odbywa się parada naszego ludzkiego ekshibicjonizmu. Zwłaszcza latem, gdy z każdej strony wołają nas koncerty, spektakle, festiwale, kramy z chińskimi wiatraczkami, świecącymi mieczami, piszczącymi gadżetami; nie można przejść spokojnie nie słysząc jakieś imprezy: ogródkowej, kawiarnianej, rynkowej, a wszystko przy dźwiękach wszędobylskiej muzyki i przekrzykujących ją dzieci.

Akurat teraz w samo upalne południe, gdy cała przyroda zamarła w oczekiwaniu na chłód wieczoru, obok odbywa się jakaś rodzinna impreza. Z dziećmi. Słychać je wyraźnie, ich wrzask – moja piłka, oddaj, to moje, mamo! Lub tylko samo krzyczenie, chyba tylko po to aby usłyszeć siebie, w tym cywilizacyjnym hałasie.

Siedzę u siebie patrząc na powoli wysychającą Wisłę i myślę, jak bardzo odeszliśmy od natury. Jak bardzo nasz gatunek „wyrodził” się od pozostałych. W świecie zwierząt jesteśmy jedynym gatunkiem, który tak głośno daje znać, że jest i … gdzie jest.

W świecie natury matki uczą swoje dzieci, że gdy usłyszy je drapieżnik to przypłacą to życiem, że hałas jest zagrożeniem. Mają, więc być w bezpiecznej ciszy. Uczą je idealnego dostosowania się do otaczającej rzeczywistości, reagowania na nią. Te zwierzęce dzieciaki słyszą najmniejszy szept i szelest świata. Potrafią przetrwać tylko dzięki temu, że są w ciszy.

Parę dni temu, pod progiem domu, w którym mieszkałam, współlokatorka, mała jaszczurka zwinka doczekała się potomstwa, które wykluło się z jajek. Udało mi się sfotografować ją, tylko dlatego, że stałam się dla niej częścią, niezagrażającą częścią jej rzeczywistości. Teraz, przez malutki ułamek czasu, dostrzegam jej dzieci, ale nie jestem w stanie ich sfotografować, gdyż znikają natychmiast, gdy tylko mnie dostrzegą, a robią to z szybkością światła. Jeszcze wcześniej, udało mi się podpatrzeć sarnią mamę, która przeprowadzała przez drogę swoje tylko co narodzone maleństwo. Wszystko w wielkiej ciszy. W największej czujności i skupieniu. Bez zbędnych ruchów, wrzasku, jazgotu. W pełnej komitywie z tu i teraz, z ciszą wszechświata. A przecież tak naprawdę, gdy wsłuchamy się w tę ciszę to nieoczekiwanie usłyszymy jak bardzo jest ona pełna dźwięków, rozedrgania, słów o pogodzie, szumie wiatru, kroplach deszczu czy cichego stąpnięcia sarny przeprowadzającej swoje maleństwo przez ruchliwą drogę.

Czy na pewno nasz gatunek jest bezpieczny, że może sobie pozwolić na ten nieustanny jazgot? Czy nie ma już żadnego zagrażającego nam przeciwnika, że możemy tak głośno, beztrosko i arogancko obnosić się ze sobą?

Być może w świecie zewnętrznym rzeczywiście tak jest. Niewiele rzeczy może nam zagrozić, ale jak jest z tym w świecie naszego wewnętrznego przebywania?

Tam, gdzie cisza wyznacza reguły i prawa? Czy ten nieustanny wrzask nie oddziela nas jednak od nas samych i tego kim tak naprawdę jesteśmy? Czy w ogóle zadajemy jeszcze sobie takie pytania? Kim jestem? Po co jestem? Dokąd zmierzam? Szukamy odpowiedzi? Chcemy jej doświadczyć?

Czy jest to w ogóle możliwe w kulturze, która głosi, że dzieci mają swoje prawa, więc mogą wrzeszczeć zagłuszając siebie, innych, inne gatunki, głosy świata?

W świecie, w którym każde miejsce uderza w nas obuchem hałasu naszego własnego, z odbiorników radiowych, telewizyjnych, z koncertów, pijackich zaśpiewów, bezlitosnego głosu weekendowych kosiarek?

Czy jest możliwym usłyszeć w tym cywilizacyjnym jazgocie szept ziemi? Szept serca? Szept tego co w duszy gra?

Moja znajoma prowadzi bloga, którego nazwała – Słucham, jak spadają jabłka. Ta nazwa zawsze dotyka mego serca. „Słucham, jak spadają jabłka”. Słucham, jak spadają liście, dojrzewa jabłko, pszczoła zbiera pyłek z kwitu lipy, szumią trawy nad pracowitą nornicą, kot przyczaja się do śmiertelnego skoku.

Słucham, jak bije moje serce, jak bije serce wszechświata. A wszystko w wielkiej ciszy tak głośnego wszechświata.

-alchapisze

2
Udostępnij post