Blog

Dzieciństwo

Mogliśmy stworzyć inny świat, pójść w innym kierunku. Jako ludzkość mogliśmy.

Dzieciństwo spędziłam w małym miasteczku na Suwalszczyźnie, takim około około 20 tysięcznym. Teraz po 40 latach jest to już miasto 80 tysięczne.

Pamiętam dni przesuwające się leniwie, spokojnie niczym pełzający żółw po rozgrzanym piasku.

Pamiętam miasto pełne drzew, krzewów, zieleni, najprzeróżniejszych zakamarków, w których chowaliśmy się umęczeni kolejną zabawą.

Pamiętam ogromną ilość ptaków, kotów oraz psów biegających po ulicach, które dokarmialiśmy i wpuszczaliśmy do klatek, gdy było zimno czy padał deszcz.

Pamiętam hydranty na ulicach, z których piliśmy wodę lub obmywaliśmy krwawiące kolana i łokcie. Z powodu takich błahostek nie przerywało się zabawy.

Pamiętam kwiaty, które rosły wszędzie dookoła, z których żeńska część dziatwy wiła obfite wianki, męska zaś wyszukiwała w nich wielkie pająki i wrzucała przerażonym koleżankom za sukienki.

Teraz mówi się na tę obfitość wszystkiego, tak trochę górnolotnie – bioróżnorodność, której już nie uświadczy się w miastach. Na wsi zresztą też.
I coraz mniej jest jej w gospodarczych lasach.

Pamiętam olbrzymie drzewo nieopodal mojego domu, na które wspinaliśmy się i rzucaliśmy jabłkami w konkurencyjną grupę dzieciaków. I wędrówki nad rzekę. Samodzielne! Kąpaliśmy się w niej mimo, że obok ktoś robił pranie lub zmywał gary z całego tygodnia. Wówczas jeszcze nie wiedzieliśmy, że niszczy rzekę i zatruwa jej mieszkańców. Ta rzeka zresztą pokornie przyjmowała śmieci wszelkiej maści. Kiedyś znaleźliśmy w niej rozkładającą się świnię. Leżała tam całymi dniami, a my codziennie biegliśmy sprawdzić stan jej rozkładu.

Pamiętam zimy. Pełne śniegu, słońca, mrozu. Zamienialiśmy sandały na łyżwy i śmigaliśmy w nich niestrudzenie prawie nie zdejmując z nóg. Wracaliśmy do domu zmarznięci, mokrzy, szczęśliwi i co najważniejsze – cali.

Jako dzieci, mieliśmy na to czas. Do piątej klasy, w szkole siedziało się najdłużej do 4-5 godzin! Żadnych dodatkowych lekcji, kursów, treningów, szkoleń.

W ulotnej i wybiórczej pamięci, świat jawi się niczym raj utracony.

Tylko czasami gdzieś na obrzeżach pojawia się rysa, niczym nacięcie na lodzie, zrobione przez nocny mróz.

Werka, psychicznie chora kobieta, w którą za radosnym przyzwoleniem dorosłych, młodzież rzucała kamieniami, krzycząc: Werka, Werka pobaw się w berka.

Trucie psów, które zbyt mocno rozgościły się w tych klatka schodowy, wpuszczone przez co wrażliwsze dzieci.

Przemoc domowa, o której wszyscy wiedzieli i nikt nie reagował, gdyż jak mąż żony nie bije, to jej wątroba gnije.

Bicie dzieci, które mógł lać każdy: rodzice, nauczyciele, nawet obcy na ulicy miał przyzwolenie na tak ładnie zwanego klapsa.

Krzyk zarzynanych zwierząt dobiegające z każdej chłopskiej zagrody.

Wszechwładna obojętność na los innych gatunków.

Przymus pracy.

Zakaz wyjazdu za granicę.

Świat wzajemnej podejrzliwości, zawiści i dążenia do poprawy swojej podłej doli, kosztem bycia, nie posiadania.

W utopijnym świecie dziecięcej pamięci, świat nadal jest pełen motyli, zabawy, śmiechu i radości. I może niech taki pozostanie.

Dzieci mają prawo do raju. Przynajmniej jeszcze przez ten krótki czas jaki pozostał naszemu gatunkowi.

-alchapisze

4
Udostępnij post